|
|
18 września
2005
Przydreptałam sobie
do stajni w piątek z dużym entuzjazmem :-) Na początku poszłam na paddok,
gdzie była cała "pociągowa trójca" - przywitaliśmy się wszyscy
ładnie, a potem poszłam pogadać z dziewczynami. Oglądałyśmy zaniepokojoną
Domenę i oddawałyśmy się plotkom (jak zwykle w tej stajni :P). Później wzięłam
Dakotę ze stajni i poszliśmy na halę. Zaczęliśmy od zaprzyjaźniania się z
halą, później było trochę ground skill 5, w którym Dakota miał oczywiście
żebra do wewnątrz... ale będziemy nad tym spokojnie pracować :-) Próbujemy
zgięć bocznych, ale On nie czuje się jeszcze na tyle bezpiecznie, aby całkowicie
i spokojnie oddać głowę. Wszystko przyjdzie z czasem! Zdecydowanie musimy
polepszyć przestawianie przodu - myślę, że częściowo to ja jestem winna,
przyzwyczaiłam się do "ciężkich", czyli powolnych reakcji Jess i
czasami przegapiam moment, w którym Dakota zbiera się do pójścia do przodu,
a nie przestawienia przodu w bok. Jeden krok wychodzi ok, ale każdy następny
jest do przodu... Trzeba będzie to zanalizować, a może po prostu na jakiś
czas zostawić i wrócić za jakiś czas. Dosyć ładnie odangażowuje zad, nie
ucieka jak wariat i raczej zawsze ładnie się zatrzymuje, co mnie zadawala.
Tego dnia mieliśmy specjalnych gości na sesji - czyli Agę, Natalię,
Asię i Bartka - myślę, że się podobało :-) (a przynajmniej mam taką
nadzieję!!)
W sobotę byliśmy już w komplecie, czyli pojawiły się Kasia z Karoliną :-)
Długo czekałyśmy na to, żeby się dostać na halę z końmi. W międzyczasie
miałyśmy głupawkę, na początku ja bawiłam się w koło gospodyń wiejskich
;D i zszywałam kantar Dakoty (Karolina co chwilę pytała mnie: "Madzia,
daleko jeszcze??")... a później to już odwalało nam zupełnie
(tajemnica Kozicy o wyprawie do nadmorskiego ośrodka w wieku 12 lat wciąż nie
została odkryta...!) :-)))) O 18:30 Kasia i Ewa zaczęły jazdę, a ja wzięłam
Dakotę. Wiedziałam, że będziemy mieć ekstremalne warunki - Dakota nie zna
tych koni, były to dla Niego całkiem nowe warunki. Po jakimś czasie jednak się
uspokoił i było ok. Zrobiliśmy częstsze odangażowania zadu w GS 5, żeby
poprawić równowagę. Zbliżyliśmy się do przeszkody, którą ustawiły sobie
dziewczyny, było ok. Spróbowaliśmy też GS 4 - przyciąganie mocniejsze niż
odchodzenie... a może po prostu musimy się trochę wydelikacić na sygnał do
cofania, z kolei sygnał do przychodzenia jest już w miarę znany. Niestety, po
wyjściu z hali mieliśmy tzw. sytuację przymusową... czyli musiałam wyczyścić
Mu dokładnie kopyta... ostatnio uderzyli Go po tym, jak nie stał spokojnie
przy kowalu, a do tego był w stajni, w której nie zna koni... oczywiście
stres. Mało miejsca, więc miałam małe możliwości stworzenia Mu niewygody w
momencie, gdy cały czas chodzi do przodu. Cofnęliśmy się na halę, trochę
pogadaliśmy - było lepiej - na tyle, że zdołałam w miarę spokojnie wyczyścić
pozostałe kopyta. Trzeba będzie spokojnych warunków i conajmniej paru porządnych
sesji, łącznie z wszelkimi symulacjami kowalskimi... może być ciekawie :-)
Wyszliśmy ze stajni i trochę znowu musieliśmy pogadać, bo kolega chciał JUŻ
biec na paddok... Moment, moment :-) 2 odangażowania zadu i było po temacie,
bo nagle to ja byłam pierwsza w drodze na paddok, a nie On :-) Spokojnie weszliśmy
razem, a później spokojnie staliśmy przy zdejmowaniu kantara. Koń stoi w
miejscu, ja odchodzę - koń stoi w miejscu i chwilę czeka - to lubię
:-)
9 września 2005 Co
do strony - zmienił się jej wygląd i forum... reszta zostaje po staremu
:-) Co do koni natomiast - dużo się zmieniło u mnie... Po pierwsze - spędziłam
4 tygodnie w Walii, gdzie byłam troszkę słuchaczem, a troszkę studentem z
koniem na 1 kursie SNH i aż trzech kursach ANH (Australian Natural Horsemanship).
ANH zostało stworzone przez Kena Faulknera, z którym zresztą kilka dni
zamieszkiwałam i odbyłam 2 tereny... :-) Zachwyciłam się metodą ANH i
koniec końców postanowiłam przejść z PNH na właśnie ten program. Po
powrocie do Górek podjęłam również jeszcze jedną, bardzo ważną decyzję.
Jessica ma tzw. "wolne od pracy z ziemi", przynajmniej do czasu
narodzin źrebaka. Co będzie potem, zobaczymy. Na razie jestem zafascynowana
pracą z kolejnym koniem - Dakotą, vel Karym. Dopiero się uczymy siebie
nawzajem, mieliśmy dotychczas tylko jedną sesję z ziemi, ale bardzo podoba mi
się Jego koniobowość i to, że tak szybko się uczy...! Już się cieszę na
następny wyjazd do Górek!! Co
do samego ANH... w najbliższym czasie zamierzam przetłumaczyć niektóre
materiały dotyczące tego programu, co będzie mogło go nieco przybliżyć. Żałuję,
że Ken ma tak napięty grafik i nie może przyjechać do Polski... Choć
proponowałam Mu to :-) Główną różnicą pomiędzy PNH a ANH jest to, iż
Ken stara się tłumaczyć zachowanie konia, a dopiero potem podaje sposób na
rozwiązanie problemu. Efekt jest taki, że rozumiemy swojego konia, widzimy to,
czy zachowuje równowagę (fizyczną) - co pomaga nam w utrzymywaniu równowagi
psychicznej konia. Po kursach Kena wszyscy mieli poczucie, iż naprawdę wiedzą,
o co w tym wszystkim chodzi, jak mają pomóc samym sobie i koniowi... czuli
akceptację i zrozumienie Kena. Wszyscy również wyjechali z ogromną dawką
nadziei, co udzieliło się i mnie, na szczęście :-)) Czyli: everything IS
possible!!
11.04.2005
Weekend w Górkach. Wiadomo, co zrobiłam w piątek -
galopkiem do stajni :-) Wzięłam Jess na paddok. Zaczęłyśmy w miarę ładnie,
najpierw FG z hoola-hop, z CS. Potem trochę jeża. I zaczęły się pewne
"schody". Uciekanie od dotyku przy próbie jeża, napieranie na mnie
łbem. Ojj pokazała mi piękne PG... z fazą 4. Przestawiała mnie sobie po całym
paddoku a ja oczywiście nie miałam argumentów. Przy próbie obrócenia Jej
czy skierowania Jej w bok - albo chciała gryźć, albo stawać dęba.
"Powalczyłyśmy ze sobą", aż do momentu, gdy udało mi się chwycić
kantar ręką - od tego momentu to ja robiłam jeża kantarem, nieco wygrałam.
Potrzymałam za kantar, koń się uspokoił. W nagrodę było jedzenie trawy.
Potem stwierdziłam, że nie odpuszczę jeszcze, skoro Ona tak bardzo chciała
pokazać, kto tu rządzi. Spróbowałam znowu FG, tym razem z samym CS i z liną,
czego dawno już nie próbowałyśmy. Wszystko wyszło w porządku. Gdy już
zbierałyśmy się z paddoku, bo postanowiłam, że będzie to nagroda za ładne
FG, Jess znowu spróbowała się ze mną podroczyć. Tym razem jednak zadziałał
blok i mogłyśmy dalej schodzić na dół, do boksu. Sprawdziłam jeszcze, jak
działa prowadzenie na linie - czyli zatrzymanie Jess po moim zatrzymaniu się i
chodzenie, gdy ja tego chcę. To wychodzi coraz lepiej.
W sobotę padało. Pogoda nie sprzyjała
niczemu specjalnemu... A gdy przyszłam do stajni, Jess i Kasia były jeszcze na
paddoku. Postanowiłam więc tylko sprawdzić nasze relacje z Jess. Ponieważ
tylko widziałam je, bo były na dalszym paddoku od stajni, musiałam kawałek
dojść do nich. Zacmokałam kilka razy, ale nie patrzyłam na Jess idąc w Jej
kierunku. Nie chciałam prowokować żadnego zachowania z Jej strony. Kontem oka
jednak widziałam, jak Jess... idzie dokładnie jak ja. Najpierw wzdłuż jednej
ze "ścian" paddoku, potem pod kątem prostym do wejścia na paddok...
Gdy ja doszłam do wejścia, Ona też akurat tam doszła... NIE jadła trawy,
przyszła do mnie!! Super :-)) Przywitałyśmy się jak zwykle, dmuchaniem w
chrapy, stałyśmy sobie potem razem, a Ona tylko oglądała sobie ze mną świat...
Nie chciała gryźć, nie była nachalna. Gdy odsuwałam Ją od siebie, jeśli
była za blisko, spokojnie i posłusznie odsuwała swój łeb. Na tym skończyłyśmy.
Później Jess poszła do boksu, ale nie miałam możliwości do zabaw z Nią...
Niestety, zabawy nadal musimy ukrywać... :-( a ja i tak muszę się nauczyć
cierpliwości - nie można zadania na górę dwa dni robić w 10 minut... bo to
za szybkie tempo. Na razie musimy spokojnie i powoli dążyć do przyjaźni.
POWOLI, zwłaszcza pierwszego dnia, po przerwie... a nie rzucając się na głęboką
wodę, tak jak zrobiłam to w piątek...
Za
to spotkanie z żeńską grupą wsparcia wypadło super - dzięki laski, jesteście
najlepsze :-) wprawdzie nie do końca zrealizowałyśmy plan obgadywania facetów
na naszym spotkaniu, no ale co tam... nadrobi się!! ;-) w końcu wakacje przed
nami, jupiiii =) wtedy to już nawet większa żeńska grupa będzie!! hi, hi..
3.04.2005
Dwa pobyty u Jessici - w święta i teraz, w czasie weekendu...
Obydwa te pobyty nastroiły mnie bardzo optymistycznie!!! Jess jest
genialna. Jestem strasznie dumna z mojej ukochanej dziewczynki. Strasznie
szybko się uczy... Jest kochana. Stara się, pokazuje mi strach, obawę,
czasem stanowczo mówi "NIE". Ale i zaczyna przekazywać mi, że
może spróbować, że może się zmieniać. A przede wszystkim to ja się
dla Niej zmieniam. Mocno wzięłam sobie do serca opowieść Berni'ego o
pile, z którą chodzi wokół nas koń... :-) Dało to duży efekt - moje
reakcje są szybsze, niż były wcześniej - mogę odpowiednio zareagować
na to, co robi Jess. Sprawdza mnie konica oczywiście, co chwilę, ale
powoli przekonuję Ją, że nie warto ;-) wczoraj był nasz największy
sukces... od ferii mniej więcej nie mogłam Jej dotknąć do jeża po FG
z CS. Wczoraj nie dość, że zrobiłyśmy piękne ustępowanie zadu w PG,
to potem poszłyśmy dalej i zrobiłyśmy DG z ustępowaniem zadu!! To było
jak magia!!! =) miałam wrażenie, że uczestniczę w jakimś ogromnym
cudzie... najśmieszniejsze są momenty, gdy Ona czeka na moją reakcję,
lub gdy np. zostawiam otwarte drzwi do boksu i wychodzę na korytarz, a
Ona chce iść za mną... :-)) był też moment, gdy siedziałam w Jej
boksie, Ona jadła siano i po każdym wzięciu siana do pyska odwracała głowę
do mnie i jadła siano nad moimi nogami... tak jakby mówiła "to ja
będę jadła, a Ty mi opowiadaj dalej, co słychać" ;-) Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko coraz lepiej! Musi
być =))
28.02.2005
W weekend byłam u Jess. I działo się to, czego się
spodziewałam, czyli zaczęłyśmy od tego samego - stawania dęba, czyli
ogólnie pełne rodeo wokół mnie. Zakończyłyśmy po prostu stanięciem
na hali, to wszystko, czego mogłam wymagać w sobotę - po prostu stania
w miejscu i nie rzucania się z zębami od razu. Zeszłyśmy spokojnie do
boksu i to było na tyle. W niedzielę, gdy przyszłam do Jess,
przestraszyłam się... po raz pierwszy widziałam, żeby Ona leżała w
boksie... otwarłam drzwi do boksu, myślałam, że będzie chciała
wstawać na mój widok, ale Ona dalej leżała - mogłam Ją głaskać, a
Ona tylko kładła głowę koło moich stóp i miała zmęczenie wypisane
na mordce... a zwłaszcza w oczach... tych kuligów jest za dużo :| zostałam
w boksie z Jess, głaskałam Ją najpierw, a Ona spokojnie stała i jadła.
Potem zabrałam się za zabawy w boksie - na machanie batem i zarzucanie
praktycznie już nie reaguje. Problemy zaczynają się od momentu, gdy Ona
chce gryźć... zazwyczaj zaczyna się to po paru minutach zabaw. Jednak w
boksie dużo łatwiej było nam to rozpracować. Mniejsza powierzchnia
zdecydowanie nam sprzyjała. Potem wzięłam szczotkę i zaczęłam
czyszczenie - musiałam chwycić za kantar i kontrolować Jej zad, ale
potem już spokojnie stała i nic się nie działo. Musiałam tylko uważać
na Jej każdy ruch i szybko Ją przesuwać, abym to ja kontrolowała Jej
ruch, a nie Ona mój. Później zabrałam się za wyczesanie grzywy.
Posiedziałyśmy jeszcze chwilkę razem, mogłam spokojnie chodzić po
boksie, a Ona nic mi nie robiła. Pożegnałyśmy się potem... takie
momenty z Nią uwielbiam - przywitania i pożegnania... gdy stoimy razem
spokojnie i cały świat mógłby się walić, a nam i tak jest
dobrze...
5.02.2005
W końcu mam czas, żeby opisać ferie... No jak było, jak... CUDOWNIE. Jak
zawsze.
Miałam pożyczony kantarek i linę, byłam pełna
nadziei. Po przyjeździe do Górek Jess zaskoczyła mnie raczej negatywnie :-/
tzn. zapomniało Jej się wszystko, a nawet było nieco gorzej niż
poprzednio, znowu stawanie dęba na okrągło, itd. ponieważ wyrobił się już
wręcz nawyk - wchodzę na halę i staje dęba - unikałam hali jak mogłam.
Kontakt z Jess - owszem, ale na paddoku albo korytarzu stajni. Miałam już
coraz mniej wiary. W końcu powiedziałam "Ostatnia próba. Albo cos mnie
natchnie nowego, albo już nie mam więcej pomysłów". Potem zdarzył się
cud. Spotkałam się ze znajomą, Bożeną. Wreszcie odkryłam, ze
zdecydowanie brakowało mi jakiejkolwiek fazy 1 i 4. A zwłaszcza 4 przy takim
temperamencie, jakim jest Jess. Środę i czwartek poświęciłam na notatki
ze spotkania z Bożeną i Waderą (Wadera jest świetną nauczycielką -
weryfikuje każdą rzecz, jaką Jej się mówi :-)), oraz na ochłonięcie z wrażeń
i weryfikacje samej siebie. No i nieco zmieniłam "sprzęt" ;-),
czyli ujeżdżeniówka, zbyt miękka, zastąpiona została starym, plastikowym
kijkiem do nart, a sznureczek zmieniony na grubszy. I tu moment
kulminacyjny... w piątek wzięłam Jess na padok. śniegu do łydek... zaczęłam
od puszczenia Jej wolno. Ale Jej nie w głowie było łażenie gdzieś tam, bo
trawy nie było ;-) stała sobie przy mnie i stawała dęba... a ja twardo, po
raz pierwszy z 4 faza mówiłam, żeby się cofała... i po raz pierwszy wyszło
właściwie. 45 minut chyba ciągle chciała stawać dęba. dopiero potem dala
się pogłaskać po szyi "bacikiem". Na tym zakończyłyśmy.
Chyba następnego dnia weszłyśmy na halę, żeby
Ją występować po kuligu. Tylko raz, mniej więcej w 3/4 pobytu, a nie na początku,
stanęła dęba. Już nie tak agresywnie, jak przedtem. Głaskałam Ją na
hali batem i strzelałam obok Niej, a Ona stała w miejscu... Było więc
lepiej! Potem nawet spokojnie dała wyczyścić sobie kopyta, nie gryząc
takiego plastikowego pojemnika, co zawsze robiła, jak nie miał mi kto Jej trzymać...
a ja tylko miałam linę w ręce i stałam z Nią sama!
Cały następny tydzień minął nam w zasadzie
nie na konkretnych zabawach, a na drobnych elementach... tak jak np. w piątek.
Wchodzę do boksu, żeby Ją wyczyścić, dochodzę do słabizny, i widzę ząbki
Jess i baaardzo groźną minkę... no i tak kilka minut spędziłyśmy na
przekonywaniu się o tym, kto jest bardziej stanowczy... ;-) w końcu zgięłam
Jej szyję tak, aby głowę miała zwróconą do mnie... i w ten sposób Jess
bez oporów dala się wyczyścić... :-) a później poszłyśmy na padok, tzn.
Jess poszła z Kasią, a ja z nimi :-) i już nie ma momentów, kiedy ja podchodzę
do ogrodzenia padoku, a Jess zostaje w miejscu. Za każdym razem przychodzi do
mnie! i staje się zazdrosna, gdy robię coś z Kasią w boksie obok, a nie z Nią
;-)
Teraz długo nie będę Jej widzieć... ;-((((
Porażka. Mam nadzieję, że mimo przerwy, za każdym razem będzie już
szybciej łapać, o co mi chodzi... =)
Ostatniego dnia, w sobotę, pojeździłam
sobie na Francji - młodziutkiej kobyłce Ewy. Było naprawdę super - Ewa
prowadziła mi jazdę, robiłam różne fajne rzeczy, przede wszystkim super
mi się dogadywało z Francją mimo, iż siedziałam na Niej pierwszy raz w życiu!
Ale nie ma to jak różnica pomiędzy fajnie zajeżdżonym i szanowanym
koniem, a rekreantami.... To smutne :-(
A teraz wątek stajenno - imprezowy =) Powiem
tylko tyle: my mamy świra na swoim punkcie :D Urodziny Kasi odbywały się
przy -15-stopniowym mrozie, na zewnątrz... Wszyscy przeżyli, nikt nie był
nawet chory!! A było suuuuuper =) (a jak inaczej mogło być?!). Wcześniej
odbył się kulig, po którym obydwie z Karoliną byłyśmy obolałe (ja chyba
3 razy lądowałam na ziemi spadając z sanek :P), ale też było ekstra - zwłaszcza
jak Maciek i Aga spadali ze swoich sanek, a potem musieli nas gonić ;-)). Było
też siedzenie przy ognisku, którego nie było ;-),a potem tajemnicze rozmowy
na sianie (zgaszone światło, siano i my... z Karoliną ;-)). Podsumowując:
chce już strasznie wakacje!!!!!! A wcześniej święta =))
7.01.2005
Może niektórzy śmialiby się z tego. Ale - chyba pod wpływem mojego wpisu na końskim forum - zdałam sobie sprawę z jednej, ale to bardzo istotnej dla mnie sprawy... Od dobrych paru miesięcy nie uderzyłam konia. Nawet nie pstryknęłam. Nic - porozumiewamy się, głównie z Jessicą oczywiście, tylko za pomocą określonych sygnałów, w których nie ma żadnej agresji. Jest tylko określony
system, który jest coraz bardziej przejrzysty i jasny. Odchodzę od tego, czego mnie nauczono na początku mojej drogi z końmi i jeździectwem. To odejście jest trudne, bo nie tak łatwo zmienić sposób myślenia i zachowywania się. Ale to ja - nie tylko Jess -
zmieniam się. Mam świadomość tego, że gdyby nie PNH, nie byłabym na tak dobrej drodze... To jest genialny program. Ja na pewno popełniam jeszcze BARDZO
dużo błędów, ale jednocześnie idziemy z Jess do przodu... I tak jest dobrze :-)
3.01.2005
Pierwszy wpis w nowym roku :-)
W piątek ostatni raz podczas pobytu w Górkach widziałam Jess... i już za Nią tęsknię od soboty :( w sobotę wieczorem miałam łzy w oczach myśląc o wyjeździe stamtąd... Dopiero za 2 tygodnie pojadę do Jess - na ferie. Przez święta pracowało nam się super! Oczywiście nie obyło się
drobnych zgrzytów, ale z dnia na dzień było naprawdę coraz lepiej. W czwartek, gdy na Nią wsiadłam, a wcześniej pierwszy raz zrobiłyśmy mini-FG z batem przed jazdą, nawet nie musiałam go używać do zakłusowania... =] Cudnie :-) Tym bardziej za Nią tęsknię!! Pokochałam tego łobuziaka.
Dopiero teraz zauważam u Niej "normalne" reakcje, np. banie się czegoś na hali, itp. Wcześniej udawała twardą i nic Jej nie ruszało. Bez niczego "przyznaje się", że czegoś nie umie zrobić. Nie udaje. Przynajmniej takie mam wrażenie. Pierwszy raz, gdy zostałyśmy same na hali, a ja chciałam się
z Nią pobawić z ziemi, była na mnie skupiona. Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej i nic się nagle nie załamie...!
W ferie będziemy dalej pracować. Jess jest do tego chętna... a uczy się niesłychanie szybko. Czasem sobie myślę, że człowiek przy Niej nie ma żadnych szans w rankingu na inteligencje i szybkość "łapania", o co chodzi :-)
Co do innych spraw "stajennych"... ;-) Na prośbę Kasi K. (dużo tych "Kaś" :-) opisuję co nieco... oczywiście głównym punktem programu był sylwester. Wstałyśmy już o 7 rano (!!!), żeby o 8:00 być w stajni i czyścić konie... na naszą jazdę (a spróbuje ktoś powiedzieć, że nie byłyśmy z Kasią punktualnie o 8:00, to uduszę :P).
Nie mogłam niestety wziąć na jazdę mojego ukochanego rekreanta - Godemii... :( Jest zapoprężona, biedactwo moje... Wzięłam Gardena. Z dziewczynami jeździło się super, szkoda tylko, że nie jeździłyśmy w 4. Po jeździe "oficjalnej" odchodziły galopy na oklep - i tu gratulacje dla Kasi i Fantazji za pełną współpracę :-) Do stajni wróciłyśmy ok. 15:00, a wyjechałyśmy wozem (Jess i Kasia rulez =] ) ok. 20:00,
oczywiście po uprzednich toastach w stajni za zdrowie koni i nasze ;-) Dalsza część programu zawierała wizytę w 2 domach - Natalii i Karoliny, oraz różne fajne rzeczy z tym związane. Generalnie było super - jak to z ekipą stajenną zawsze bywa!! Byle do następnej imprezy :D
|